Moje córki krowy Kingi Dębskiej to książka, po którą, mimo jej niewątpliwej popularności, nie miałabym potrzeby sięgać; nie kupiłabym, nie szukałabym w bibliotece (jednak dostałam, więc należało przeczytać). Nie dlatego, że jest zła - bo nie jest - z powodu tematu. Nigdy nie zaliczę jej
do ulubionych i raczej na pewno do niej nie powrócę, ponieważ działa na mnie wyjątkowo przygnębiająco. Już od początku było wiadomo, jak musi się skończyć. Przypomina, że jesteśmy
na chwilę, nie znaczymy zbyt wiele, a wobec nieuleczalnej choroby i wszystkiego, co z sobą niesie, czujemy się bezgranicznie bezradni i choćbyśmy poruszyli niebo i ziemię, na pewne rzeczy nie mamy najmniejszego wpływu.
To jednak tylko część prawdy o literackim debiucie Kingi Dębskiej. Moje córki krowy to również opowieść o miłości. Oddaje jej istotę, wpisując się w definicję Ericha Fromma, wg której:
miłość jest pewną właściwością charakteru, która określa stosunek człowieka do świata w ogóle,
a nie do jednego „obiektu” miłości, (…) zawiera w sobie troskę, poszanowanie, odpowiedzialność, poznanie. (…)Kochać to znaczy przede wszystkim dawać, nie brać.
Główne bohaterki – siostry Marta i Kasia – kobiety po czterdziestce, muszą stawić czoło nieuleczalnym chorobom rodziców. Każda z nich zrobiłaby wszystko, aby ich uratować; obie próbują jakoś sobie radzić z tragedią, nie „rozsypać się”, przetrwać. Niby mają siebie, jednak nie potrafią się porozumieć - wzajemnie się obwiniają i ranią, obie czują się samotne w swoim cierpieniu.
Marta – starsza z sióstr, słynna serialowa aktorka - to samotna matka dorosłej już Zuzi. Mimo wielu romansów nie ułożyła sobie życia z żadnym mężczyzną. Na zewnątrz twarda, zimna i pewna siebie, w rzeczywistości „jest małą dziewczynką”, alkoholem „znieczula się na rzeczywistość”, która ją przerasta. Marzy o kimś, kto zrozumiałby to, co czuje - dojmujący ból i paraliżujący strach, o kimś, kto pomógłby przetrwać koszmar. Nie ma nikogo takiego, więc kryje się za maską – gra silną.
Kasia nie lubi swojej pracy „tkwi uwięziona w małżeństwie, które od dawna jest wydmuszką”, jej nastoletni syn Filip „pali trawę”. Od wczesnego dzieciństwa zazdrościła Marcie wszystkiego, począwszy od wyników w nauce, skończywszy na więzi z ojcem. Do czasu szczerej rozmowy w lesie widzi w siostrze „zimną egoistyczną sukę”, która nawet córkę podrzuciła na wychowanie rodzicom. Marta wcale nie myśli o niej lepiej. Według niej Kasia to egzaltowana histeryczka
i wyrachowana zazdrośnica żyjąca na konto rodziców. Zbliża je dopiero wspólna tragedia. Zaczynają rozumieć, że mimo wcześniejszych animozji są sobie bliskie i w przyszłości będą mogły na siebie liczyć.
W książce podoba mi się narracja. Poznajemy te same sprawy z punktu widzenia dwóch różnych osób. Bohaterki mówią to, co czują, nie wysilając się na wyszukany, wygładzony język. Dzięki temu opowieść jest wiarygodna, a bohaterowie ludzcy. To nie papierowe twory, lecz normalni ludzie – kochają, cierpią, marzą, buntują się i (podobnie jak wielu z nas) przeklinają państwową służbę zdrowia.
Jest też coś, co zupełnie mnie nie przekonuje, wydaje się przesadzone – romans Marty z lekarzem, który operował oboje rodziców. To, moim zdaniem, osłodzenie doznanych przeżyć, zbędna i dodana na siłę próba poprawy samopoczucia zarówno bohaterki, jak i czytelnika.
Recenzja - Katja