piątek, 30 czerwca 2017

"Żerca" - Katarzyna Berenika Miszczuk


„Czasami to, że osoby, które kochamy rozumieją nas bez słów, raczej przeszkadza, niż pomaga.”

Żerca” to już trzeci (i nie ostatni) tom bestsellerowego cyklu „Kwiat Paproci” pióra Katarzyny Bereniki Miszczuk. (Swoją drogą zawsze się zastanawiam, czy bardziej odpowiednim określeniem do obecnych czasów zamiast „pióra” nie byłoby „klawiatury”… Co o tym myślicie?? :p ) 

Czego możemy spodziewać się tym razem? 

Gosi udało się przeżyć Noc Kupały, ale kłopoty się nie skończyły. Młoda szeptucha zaciągnęła u Swarożyca dług, którego spłata z pewnością nie będzie przyjemna. W dodatku Mieszko przepadł bez śladu, a w wiosce pojawił się nowy, młody żerca, który chętnie pocieszyłby tęskniącą za ukochanym Gosię... Gdy wydaje się, że gorzej być nie może, w okolicy pojawia się tajemniczy myśliwy, który poluje na istoty nadprzyrodzone, a rusałka Sława, przyjaciółka Gosi, znajduje się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Tego już za wiele! Mimo że szeptucha zawiodła się na Sławie, żaden mężczyzna nie będzie mieszał się w babską przyjaźń! Gosława pokaże mu, gdzie raki zimują. Choćby miała zginąć (ale wolałaby jednak nie).

„Tak, zdecydowanie baśń. Taka braci Grimm, bez cenzury, z wylewającymi się flakami i głowami toczącymi się po ociekających krwią schodach.”

Muszę Wam powiedzieć, że jest dobrze. Przygoda trwa i to w najlepsze. Co się zmieniło? Pojawiają się nowi bohaterowie i akcja podąża w nieco innym kierunku. „Żerca” zdecydowanie trzyma poziom swoich poprzedniczek. 

Jakie są więc minusy książki? Cóż, to, co prawdopodobnie miało czytelnika zaskoczyć, niestety jest bardzo przewidujące (przynajmniej dla mnie). Szkoda, ponieważ główny wątek jest poniekąd spalony. Tu wszystko krzyczy, jakie będzie rozwiązanie… 

Ale ale… Nie można zapomnieć o niespodziankach, jakie zaserwowała nam Katarzyna Berenika Miszczuk. Autorka zostawiła nas z wieloma zagadkami i nierozwiązanymi sprawami. Zakończenie jest doprawdy nieznośne. Ja się pytam, jak można uciąć to w takim momencie?! Jasne, rozumiem, nawarstwianie napięcia, sekrety – to kręci czytelnika, ale żeby aż tak… To było bezduszne i bezwzględne. 

I tak moi mili, mamy zagadki, które spędzają sen z powiek i to nie tylko przez jedną noc, oj nie… 

„Wyglądam teraz jak dama w opałach. A odważny książę gdzie? Śpi…”

Co mogę powiedzieć o bohaterach? Wiele osób skarżyło się na charakter panny Gosławy Brzózki, że irytująca, że nie potrafi sobie sama poradzić, hipochondryczka i jeszcze wiele innych, średnio miłych dla ucha epitetów. Tych z Was, na pewno ucieszy fakt, że główna bohaterka z rozkapryszonego dziecka zaczęła stawać się prawdziwą kobietą walcząco o to, na czym jej zależy. Nie boi się stojących przed nią wyzwań, sama stara się rozwiązywać swoje problemy, a nie tylko chowa się za plecami Mieszka czy Baby Jagi. Przemiana zdecydowanie na plus. Zmienił się również pradawny władca Polan, jednak tutaj mam bardzo mieszane uczucia. Mam wrażenie, że Mieszko stracił sporo ze swojej „Mieszkowatości” (nie wiem jak to inaczej napisać, nie zdradzając spoilerów…) Kto przeczyta, raczej domyśli się o co mi chodzi. 

Pojawia się również nowy bohater, który chce namieszać w życiu głównej bohaterki. Młody, przystojny, wykształcony… Czyżby lepsza alternatywa na życie? Tego Wam nie powiem ;p. 

Baba Jaga dalej trzyma poziom, choć w tej części jest jej nieco mniej niż w poprzednich. Nadal bardzo lubię tę bohaterkę i mam wrażenie, że już nic tego nie zmieni. 

Nie mogę zapomnieć również o bogach. Ci również w tej części odgrywają bardzo ważną rolę. Muszę przyznać, że robi się coraz bardziej gorąco. (Chyba wiecie, co [albo raczej kogo] mam na myśli.)

„Z biedą to ja jestem za pan brat – prychnęłam. – Z całą pewnością zołza mnie prześladuje.”

Jeśli chodzi zaś o tempo akcji. Z pozoru wydaje się być spokojniejsze. Nie ma krwiożerczej ex, która kombinuje jak koń pod górę, jak pozbyć się obecnej „słabości” Mieszka, więc swoją drogę spokojniej być musi, ale… (Tak, zawsze są jakieś ale :D) Początek powieści, właściwie to nawet gdzieś tak do połowy książki, akcja toczy się dość wolnym, można nawet powiedzieć, że leniwym tempem. Pragnę jednak zwrócić uwagę, że nie jest nudnie czy nijako, po prostu nie gnamy niczym porsche na autostradzie. Można to nawet podzielić w ten sposób – akcja do powrotu Mieszka to jazda na 3, a po nim speed na 5. Swoją drogą początkowo wybija to czytelnika z rytmu, jednak szybko zostaje mu to wynagrodzone. 

„Musisz pamiętać, że życie pędzi cały czas do przodu. Na nikogo nie czeka. (…) Nie można żyć, żałując cały czas czegoś, co się stało bądź nie stało. Trzeba się cieszyć tym życiem, które się ma.”

Bardzo fajne jest również to, że Katarzyna Berenika Miszczuk nie zapomniała o wpleceniu w „Żercę” rytuałów słowiańskich. Uwielbiam te wątki w serii „Kwiat paproci”. Ach ta historia pogan – ich obrzędy, tradycje i obyczaje.

Kolejnym plusem jest również humor, który wciąż jest obecny. Nie wiem jak wy, ale ja mam słabość do książek, które potrafią mnie rozbawić, a jeśli przy tym dostanę całkiem niezły sarkazm to już całkiem można mnie „kupić”. 

„Nic się w tym przeklętym lesie nie da ukryć. Na każdym kroku ktoś cię obserwuje. A jak przypadkiem potrzebujesz pomocy, bo - dajmy na to - porwali cię szaleni wyznawcy bogini Mokosz, to nagle nikogo nie ma, nikt nic nie wie, nikt nic nie słyszał.”

Styl autorki jest już chyba wszystkim dobrze znany, ale nadmienię, że nadal jest lekki, wciągający i pozbawiony niepotrzebnych dłużyzn. 

Jeśli chodzi o sam wątek romantyczny, to jest, bo jakże mogłoby go nie być. Mam jednak wrażenie, że wkroczył na nieco nowy wymiar. Nie powiem czy na lepszy, czy gorszy. O tym musicie przekonać się sami. 

„Nie mogłam znaleźć sobie jakiegoś normalnego chłopa? – jęknęłam. – Jaka przyszłość nas czeka, skoro on jest nieśmiertelny? No jaka?”

Kolejny raz muszę pochwalić okładkę. Po pierwsze bardzo dobrze wpasowuje się w klimat całej serii, a po drugie ma w sobie nutkę tajemniczości i co by nie mówić jest po prostu miła dla oka. (Ja w szczególności lubię te wybrzuszone, połyskliwe pokrzywy. Te i w dotyku są całkiem fajne :D)

„Istoty nadprzyrodzone nie istnieją. Służą tylko tłumaczeniu zjawisk naturalnych. Nie ma południc. Jest udar cieplny.”

Podsumowując nie wiem czy jest to najlepsza część z całego cyklu. Z pewnością jest inna. Pisałam Wam wyżej, że głównym minusem jest paradoksalnie łatwy do rozgryzienia główny wątek. Właśnie przypomniało mi się, że nie jest to niestety jedyny taki wątek. Plusem natomiast są nierozwikłane zagadki i tajemnice oraz przedstawione obrzędy pogańskie. Książkę czyta się dosyć szybko, jest lekka i wciągająca, chociaż denerwuje dysproporcja w rozkładzie akcji. Wydaje mi się, że w „Żercy” lepiej poznajemy wszystkich bohaterów. Ich kreacje są o wiele bardziej dokładne i rozbudowane. Ja z pewnością przeczytam kolejną część, ponieważ intryguje mnie zakończenie tej historii. 



PS Autorka na swoim fanpage podała, że czwartego tomu serii –„Przesilenie” można spodziewać się na początku 2018r.

Za książkę dziękuję portalowi Sztukater 


0
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.